Marian Mazur, „Źle z matematyki”, tygodnik „Argumenty” 1966, nr 36 (430), s. 5 i 10.
Po co uczyć matematyki wszystkich, skoro wielu wykształconych ludzi obywa się po szkole bez niej? Mazur odpowiada, że szkoła powinna dawać narzędzia do opisu zmian i do rozsądnego wyboru, a obok nich podstawy statystyki razem z nieufnością wobec liczb, bo matematyka ma granice. Rachunek przenosi prawdziwość danych wejściowych na wynik, ale jej nie wytwarza: poprawne obliczenie oparte na fałszywych danych daje fałsz w porządnej postaci, a dane prawdziwe, lecz niepełne, pozwalają uzasadnić przeciwne wnioski.
Obiegowe uzasadnienie, że szkolna matematyka uczy rozumowania, autor uważa za mit: typowe zadanie rozstrzyga jednorazowy trafny chwyt, którego nie da się przenieść na inny przypadek. Program, który proponuje w zamian, idzie od ogółu do szczegółu i obejmuje zagadnienia organizacji (harmonogram, algorytm, grafy) oraz optymalizacji, czyli wyboru przy ograniczonych zasobach. Na początek pojęcie funkcji i wykres, który da się narysować i odczytać nawet wtedy, gdy o zjawisku wiadomo tylko, w którą stronę i jak szybko się zmienia — to otwiera drogę do analizy jakościowej. Różniczkowanie i całkowanie sprowadza do tempa wzrostu i sumowania przyrostów, czyli do pojęć obecnych niemal w każdym prasowym tekście o gospodarce. Mniej miejsca zajmowałyby wprawki w logarytmowaniu i przekształceniach trygonometrycznych, a korzystanie z tablic przestałoby być zakazane.
Dla nielicznych kandydatów na studia ścisłe i techniczne autor proponuje osobne rozwiązanie: rok wstępny na uczelni, z szybszym tempem i lepszymi nauczycielami, który zastąpiłby egzaminy konkursowe i odciążył szkołę.
Wątek decyzji przy ograniczonych środkach rozwija „Cybernetyka a zarządzanie” (1969), a sprawę zgodności danych z rzeczywistością da się — w naszej lekturze — opisać językiem „Jakościowej teorii informacji” (1970), w której pojawiają się pojęcia oryginału i obrazu.